Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Błogosławieni, którzy się smucą

     Całą swoją duszpasterską aktywnością Jan Paweł II zaświadczał, że gorliwi naśladowcy Chrystusa żyją duchem ośmiu błogosławieństw. A te, na stałe zrośnięte z prawem napisanym palcem Bożym, ukazują wizję chrześcijaństwa na wszystkie czasy, stanowią przewodnik i program dla całego Kościoła, informują o obowiązkach wobec Boga i bliźnich.

     W Korozain 24 marca 2000 r. Jan Paweł II powiedział: "Błogosławieństwa razem wyznaczają drogę ku naśladowaniu Chrystusa i królewską drogę do duchowej dojrzałości i wolności". Trudne są jednak do zrozumienia i przyjęcia, choć tworzą horyzont, w świetle którego podejmujemy codzienne decyzje i hartujemy wiarę.

     LOGIKA MIŁOŚCI

     Dlatego powinniśmy podążać za wskazaniami Chrystusa, który nie tylko głosił błogosławieństwa, ale utożsamiał się z nimi. Jan Paweł II zachęcał, zwłaszcza osoby młode, by medytacyjnie spoglądały na Jezusa; w ten sposób pojmą, co znaczy być ubogimi w duchu czy tymi, którzy płaczą. Uchwycą swoistą wartość ułomności, żałości czy smutku. Księgi biblijne ukazują przecież wyraźnie, że człowiek wobec siebie i wobec Boga nigdy nie czuje się spełniony, w pełni pocieszony. Przewija się przez nie język skargi, pokusy, odczucia słabości, niebezpieczeństwa, dojmującego osamotnienia. Ale nie tylko. Rodzą się i chwile dziękczynnej radości, uwielbienia, adoracyjnego tańca. Z głębi tego nasyconego emocjami doświadczenia wydobywają się pytania do Boga, pełne nasilonego oczekiwania. Co odpowiada Bóg?

     Chrystus w Kazaniu na Górze, wzorem starożytnych, ale i sobie współczesnych stoików, buduje z paradoksalnych zdań nową wizję życia. Wywraca dosłownie wszystko do góry nogami. Stawia wyzwanie dla ludzkiego serca, domagając się przekształcenia dotychczasowych przyzwyczajeń, obiegowych opinii i konwencji. Czyni to w sytuacji, kiedy dochodzą do ludzi (także dzisiaj) inne glosy: błogosławieni pyszni i brutalni, dążący za wszelką cenę do sukcesu, niemający skrupułów, bezwstydni i hałaśliwi, tak bardzo zaangażowani w pracy i w pracę, że chęć założenia rodziny i zrodzenia potomstwa wydaje'im się czymś zgoła nienaturalnym. Oni wiodą prym w społeczności, zyskują znaczny posłuch w socjologicznych rankingach, zdobywają medialną popularność.

     Jan Paweł II zwraca uwagę na tę domagającą się natychmiastowej zmiany sytuację. W cytowanym już powyżej kazaniu stwierdza wprost: "Słowa Jezusa mogą wydawać się dziwne. Dziwne jest, że Jezus wywyższa tych, których świat na ogól uważa za słabych". A jednak tkwi w tym zasadnicza logika, którą Papież nazywa logiką miłości. Zmniejsza ona dystans pomiędzy nieskończonością Boga a przygodnością ludzkiego sposobu bycia i poznawania. Jak? Mocą ojcowskiej, stwórczej miłości, spotęgowanej najpełniej w krzyżu i zmartwychwstaniu Chrystusa. A my na tę boską miłość mamy odpowiadać, biorąc przykład z tradycji religijnych swoich przodków, ale też otwierając się na powiew łaski. Trzeba zdać egzamin z wierności Bogu, Ewangelii, Kościołowi i jego pasterzom, jak też z odpowiedzialności za naród, za chrześcijańską Ojczyznę i jej tysiącletnią tradycję.

     Nie jest to wszakże łatwe. Papież podkreślą, że Jezusowe błogosławieństwa stawiają człowieka wobec wyboru między dwoma głosami rywalizującymi o wpływ na jego sposób i styl działania i zachowania się we wspólnocie. Ma na uwadze wybór między dobrem a złem, między życiem a śmiercią. Są to kwestie zaiste fundamentalne. Kto złoży ufność w Jezusie, ten wybierze "wiarę w to, co On mówi, niezależnie od tego, czy wydaje się to dziwne, niezrozumiałe, nie będzie ulegać powabom zła, nawet gdyby wydawały się bardzo pociągające" {Homilia na Górze Błogosławieństw 24 marca 2000, Kraków 2000, s. 4).

     Wszystko to było i nadal jest możliwe, ponieważ - z Bożą pomocą - uwierzyliśmy miłości, wchodząc w orbitę oddziaływania Jezusowych błogosławieństw. Łaska jednak nie likwiduje naszych ułomności, tego, że często popadamy w żal i zniechęcenie, choć Jezus sugeruje, że szczęśliwi są ci właśnie, którzy teraz płaczą. Czyżby w ten sposób - dowartościowywał coś, czego stanowczo chcemy unikać? Wszak próbujemy wszelkimi sposobami obezwładnić śmierć, niewygodę, przygnębienie. W życiu chodzi o radosne, przyjemne doznania, chwile olśnień i satysfakcji. Zapewne z upodobaniem powtórzylibyśmy za Próbami Michela de Montaigne'a: smutek - głupia i pokraczna zaiste ozdoba! Tymczasem słyszymy: płaczesz? To dobrze, jesteś i będziesz szczęśliwy!

     SERCE I DUCH ŚWIĘTY

     Chodzi tutaj o to, abyśmy zechcieli - sugeruje papież - widzieć rzeczywistość i samych siebie w ewangelicznej perspektywie i nie bali się uczuciowości, zwłaszcza smutku. Żebyśmy wsłuchiwali się w rytm własnego serca, które kojarzymy najczęściej ze sferą uczuciowości, emocjonalności, psychologicznej zażyłości. Ma to pewien związek z tradycją. Już u Homera serce stanowi o dynamice radości, zachwytu, śmiechu. W nim mieści się miłość; sercem rodzice kochają swoją córkę, a bogowie kochają pewnych ludzi (mężczyzn) i miasta. Ale serce wyzwala też negatywne uczucia, na przykład goryczy, melancholii, gniewu, niejasnego chcenia.

     W kulturze hebrajskiej natomiast pojęcie "serca" zyskuje szersze znaczenie. Odnosi się nie tylko do afektów, ale i do myślenia, introspekcji, aktów decyzji; poprzez serce przejawia się obecność i działalność Boga. Buduje ono wewnętrzną przestrzeń, gdzie może dochodzić do spotkania człowieka z Bogiem. Chrystus wie, że serce stanowi o wartości człowieka; ma wielki potencjał również czysto religijny. Rozpoznaje je jako ludzkie "ja", świadomy siebie podmiot, wyłaniający z własnej głębi decyzje. W nim właśnie rozkwita wiara, która - jeżeli znajdzie w sercu zakorzenienie i potwierdzenie - zawsze prowadzi do zbawienia. Tym bardziej że w sercu i poprzez nie działa Duch Święty. "Wszystko, co Bóg chciał nam powiedzieć o sobie - mówił Jan Paweł II 6 czerwca 1999 r. w Elblągu - o swojej miłości, to wszystko w jakiś sposób złożył w swym Sercu, w Sercu swego Syna i przez to Serce wyraził". Warto być przygotowanym na pokorną skruchę, niekiedy potwierdzoną łzami, nigdy nie poddawać się rozpaczy, prędzej z wdzięcznością przyjmować Jezusową życzliwość.

     Ale uczucia muszą mieć dobrą miarę; nie powinny nad nami panować, ale raczej wspomagać w mądrych reakcjach na świat i ludzi. Naszym codziennym postępowaniem ma kierować rozum, otwarty jednak na różnorakie barwy emocji. Wiele przeżywanych i doświadczanych wydarzeń budzi w nas często skrajne odczucia i reakcje. Zwykle niepokoimy się o nawet błahe sprawy, niemniej należy mieć na uwadze, że wszystkie one są zawsze "opromienione słońcem Bożego błogosławieństwa" (Katecheza podczas audiencji generalnej, 30 maja 2001 r.). Nie wyłączając smutku. Gdzie jest jego źródło?

     RODZAJE SMUTKU

     Jan Paweł II wskazuje na ludzką przygodność. Jesteśmy wszak śmiertelni, ograniczeni zarówno w porządku istnienia, jak i poznawania. Nie dysponujemy kosmicznymi gestami. Nieustannie bywamy narażeni na cierpienie, ból, utratę życia. Nasza ułomna natura sprawia, że smucimy się z powodu licznych dolegliwości, niedogodności bycia. Tego rodzaju doświadczenie jest nieodłączne od tego, kim jesteśmy: stworzeniami, które jednakże mogą wykraczać poza swe niewystarczalności. Dysponując intelektem, wolną wolą i afektywnością przekraczamy sferę tego, co materialne, cielesne. W porządku duchowym potrafimy wznieść się ponad ziemskie przypadłości, opanowując na przykład dojmujące poczucie smutku. Pojawia się ono także i z tej racji, że czegoś zaplanowanego bądź gorąco oczekiwanego, nie osiągnęliśmy, że z takich czy innych powodów nie zdobyliśmy społecznego bądź artystycznego posłuchu, że ci, których ukochaliśmy, nie reagują należycie na to nasze oddanie.

     Przyczyn smutku może być zresztą bardzo wiele. Trzeba tylko umieć rozgraniczać pomiędzy rodzajami smutku. Święty Paweł pisał: "Bo smutek, który jest od Boga, dokonuje zbawiennego nawrócenia i tego się nie żałuje, smutek zaś tego świata powoduje śmierć" (2 Kor 7,10). Jest zatem smutek prowadzący do znacznego zniechęcenia, co wyraża się jakby awersją w stosunku do wszelkiego działania. To odrętwienie umysłu tak silne, że prowadzi do zaprzestania jakichkolwiek dobrych uczynków. Natomiast smutek umiarkowany z powodu zła i czynionego przez nas grzechu, godny jest pochwały. Uczucia niewątpliwie same w sobie nie są grzeszne. Ganimy je, gdy zwracają się do czegoś złego, a chwalimy, gdy się zwrócą ku czemuś dobremu. Smutek bogatego młodzieńca, który nie potrafi wyzwolić się z nacisku dóbr, smutek Judasza, zdradzającego swego Mistrza, niepotrafiącego odsunąć ościenia rozpaczy - oto strona smutku płynąca z tego świata.

     Natomiast Piotr płaczący po zaparciu się Jezusa, uczniowie wędrujący do Emaus, pogrążeni w smutku zrodzonym ze świadomości, że ich Nauczyciel został umęczony, Maryja współcierpiąca z Synem wiszącym na krzyżu - to przykłady smutku uzdrawiającego, stawiającego opór złu, przywracającego jedność z Bogiem-Miłością. Jan Paweł II w Liście na Wielki Czwartek z 1988 r. przekazywał kapłanom: "Matki Chrystusa nie było w Wieczerniku. Była natomiast obecna na Kalwarii, u stóp Krzyża (...), najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się, aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona. Tak daleko zaprowadziło Maryjne ťniech się stanie*, wypowiedziane przy Zwiastowaniu". W ten sposób współbolejący smutek Maryi rodzi swoistą radość i otuchę.

     Dlatego słowa "Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni" najlepiej - jak ukazał Benedykt XVI - możemy zrozumieć pod krzyżem Jezusa. "Kto nie okazuje twardego serca wobec bólu i nieszczęść drugiego, kto nie otwiera swej duszy na czynienie zła, lecz cierpi pod jego ciężarem, ten przyznaje słuszność prawdzie i Bogu i otwiera okna świata, by wpuścić światło. Smucącym się w taki sposób przyobiecana jest wielka pociecha" (Jezus z Nazaretu, Kraków 2007, s. 83).

     NIE WYKLUCZAJĄ SIĘ

     Wypada więc powiedzieć, że smutek i radość nie wykluczają się, lecz zgodnie współistnieją w doświadczeniu wiary. Toteż doznanie smutku należy potraktować jako swego rodzaju "gest wychowawczy" do nadchodzącej radości. Sam Jezus przecież nie oddalał od siebie smutku. Dostrzegał słabości narodu żydowskiego, ideologiczne machinacje faryzeuszy, ubolewał nad śmiercią Łazarza, swego przyjaciela, którego kochał Bożą miłością. Nie umierał też spokojnie, łagodnie, lecz przeżywał autentyczny strach, poprzedzony agonią w Ogrodzie Oliwnym. Wołał na krzyżu słowami zagadkowego psalmu 22: "Boże mój, Boże. czemuś mnie opuścił".

     Mogło się wydawać, że sam Bóg, którego nazywał swoim Ojcem, nie bardzo się o Niego troszczy. Po prostu milczy, przyjmując zgodę Syna na realizację własnej woli. W swej śmierci Syn poddał się jednak Ojcu, pozwalając Mu bezwzględnie swoim życiem dysponować, przyjmując cierpienie z miłości do ludzi. Jeśli tedy istnieje w Bogu cierpienie, to nie należy ono do istoty Boga, ale pozostaje skutkiem Jego osobowej miłości do wszystkich ludzi. Ta prawdziwa miłość nie zmienia się, nie jest chimeryczna. W tym znaczeniu Bóg nie cierpi; my jednak przekonujemy, że umarł na Golgocie.

     Jak to rozumieć? Egzegeci podają, że w Nowym Testamencie ho theos ("Bóg" z przedimkiem określonym) odnosi się niemal bez wyjątku do Ojca, kiedy zaś my posługujemy się słowem "Bóg", to - w zależności od kontekstu - mówimy o Ojcu, Synu lub Duchu Świętym, albo jednocześnie o Ojcu, Synu i Duchu Świętym. Ojciec nie umarł na Golgocie, ale Śyn owszem - gdy umarł Jezus. Używając innej metafory: Bóg mówi wiecznie, nieuciszenie, ale czyż nie musimy przyznać, że gdy umarł Jezus, mowa Boga została uciszona?

     Pozostaje w tym miejscu przywołać jedno z najsmutniejszych przedstawień Jezusa, jakie kiedykolwiek namalowano, mianowicie Ecce Homo Antonella da Messiny (Piacenza, Galleria Alberoni). Ten wybitny artysta mesyński ukazał Jezusa w cierniowej koronie, dokładnie okalającej czoło, długich włosach, nieco udrapowanych w drobne loki i opadających na nagie ciało. Na szyi Cierpiącego malarz umieścił sznur szubieniczny. Cała twarz Jezusa wyraża niewyobrażalny, dojmujący smutek, tak intensywny, że aż z wrażenia mrużymy oczy. Na policzkach Zbawiciela dostrzegamy trzy ściekające łzy, jakby to cała Trójca Święta cierpiała w niewyobrażalnym bólu za grzechy ludzkości.

     To trwożliwie przenikająca nas tajemnica. Tym bardziej że jeszcze za ziemskiego życia Jezus nie obawiał się niepokoić swoich rodziców, pozostając trzy dni w świątyni na dyskusji z rabinami, bo chodziło o sprawy Ojca w niebie (Łk 2,48); podobnie wiedział, że Jego odejście wywoła wśród uczniów przerażenie. Dopiero moc Ducha Świętego sprawiła, że po długiej żałobie - a na jej konieczność wskazuje w istocie drugie błogosławieństwo - mogli wyjść z ukrycia i odzyskać nadzieję, w pełni świadomi faktu, że ich smutek przemienił się w szczęście potwierdzone przez zbawczą radość Zmartwychwstałego. Polscy biskupi w Materiałach pomocniczych na rekolekcje ewangelizacyjne i czas pielgrzymki Ojca Świętego do Ojczyzny (Katowice 1999) postulowali, w nawiązaniu do błogosławieństw, że trzeba tracić życie, czyli umierać dla własnych upodobań i namiętności, umieć być żałobnikiem na pogrzebie własnego "ja". To jest rzeczywistość chrześcijańskiego życia. Nie jest to proste i przyjemne. Początkowo sprawia smutek naszej naturze. Kto jednak nie cofnie się przed tym smutkiem, dozna pociechy. Będzie to jak wyrwanie chorego zęba. Sam zabieg jest bolesny, lecz po nim następuje niesamowita ulga.

     BOŻE POCIESZENIE

     Uzyskamy pocieszenie. Płynie ono od samego Boga, którego spotykamy zbliżając się do Chrystusa w Eucharystii, płynie z medytacji nad Biblią, jest w modlitwie i sakramentach świętych. Źródłem pociechy są też inni ludzie, zwłaszcza ci tworzący religijną wspólnotę, do której przynależymy. Przeżycie smutku bowiem domaga się niejako siły dobywającej się z obecności kogoś drugiego, z daru empatii. Wystarczy niekiedy delikatny dotyk, współczujące spojrzenie, po prostu chwila razem, tuż przy sobie. Świadomość, że w trudnym momencie nie pozostajemy sami ma wskrzeszającą moc, umniejsza żal i duchowy skurcz. W Psalmie 126 czytamy: Kiedy wychodzą, to płaczą z żałości, ziarno dźwigając, by siać je po ziemi. Potem wracają z okrzykiem radości, stopy dźwigając z kłosami ciężkimi. (tłum. Stanisław Schramm)

     Wobec tego nie szukajmy rozczarowujących pociech, ale tych rzeczywiście umacniających, przynoszących realne uzdrowienia, nawet jeżeli będzie to wymagało przeżycia smutku, żalu albo postu dla oczu, uszu czy całego ciała. Wówczas, jak to przenikliwie wyraził św. Piotr, "wartość naszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu" (1, 6-7),. Nie należy przy tym poprzestawać jedynie na własnej duchowej pracy, ale powinno się - zachęca Jan Paweł II - głosić własnym życiem orędzie Dziesięciu Przykazań i orędzie Błogosławieństw. Mają one znaczenie dla każdej osoby, dla ludzi współczesnych nie mniej, niż dla tych z pierwszego wieku. Wskazują na konieczność życia w prawdzie, dobroci, lasce i wolności. Doświadczenie egzystencjalne zawarte w tych ogólnych pojęciach zawiera w sobie zasadnicze przekonanie, że osiągnięcie Królestwa Bożego okupione bywa najczęściej mrokami cierpienia, smutku, najróżniejszych przeciwności.

     Do Boga idzie się trudną drogą, często popełniając błędy i dopuszczając się najróżniejszych zaniedbań. Nie sposób przecież wyobrazić sobie codzienności pozbawionej chociażby tylko ciemniejszego nalotu. Istnienie w doskonałej harmonii ze sobą i światem nie jest w ogóle możliwe. My nigdy nie spełniamy do końca i ostatecznie własnego życia. Niemniej jednak jego historia buduje poniekąd miejsce, które Bóg napełnia pełnią własnej miłości. Smutni będą w końcu rozradowani, szczęśliwi, błodzy, co oznacza, że teraz nie należy usuwać z oczu łez. One są potrzebne, uwypuklają rys naszego człowieczeństwa, które nie ma, jak już wspomniałem, boskiego wymiaru. Należy tylko pogłębiać przekonanie, że smutek nie jest klęską nadziei, ponieważ jest ona ugruntowania w Chrystusie. To, co decydujące już się wydarzyło. Jezus odkupił świat, otworzył bramę nieśmiertelności, zaryzykował wszystko, by uzdolnić człowieka i popchnąć go do wspólnoty ze sobą. Jeden z teologów przejmująco zauważył, że Jezus w miłości doświadczył lęku, ale zawsze pokładał nadzieję w każdym z ludzi, w najnędzniejszym grzeszniku.

     Jan Paweł II wyrażał ciągłe pragnienie, abyśmy starali się żyć, przeszedłszy przez ogień smutku, żalu, niepewności, we wspólnocie nadziei, która zagaśnie dopiero w stanie zbawczego z Bogiem obcowania: "Nadzieja jest czymś więcej niż powierzchniowym optymizmem, który pojawia się tylko wtedy, gdy nie chcemy przyznać się, że otacza nas ciemność. Jest ona raczej realistyczną i pozytywną wizją tych, którzy zobaczyli ciemność w całej pełni, po czym odkryli w jej sercu światło" (Me zapominajmy o najuboższych, przemówienie wygłoszone 18 listopada 1999 r.).

     Starajmy się przeto sprostać tym wymaganiom. Nie obawiajmy się, kiedy radość i smutek przeplatają się w naszym zwykłym doświadczeniu. Tak musi pozostać, aż do chwili, kiedy moc Jezusowego zmartwychwstania przeniesie nas w rzeczywistość Bożego sensu, wiecznego błogosławieństwa.


ks. Jan Sochoń


Tekst pochodzi z Tygodnika

11 kwietnia 2010


Rozważania rekolekcyjne. Droga krzyżowa Rozważania rekolekcyjne. Droga krzyżowa
Tomasz Maria Dąbek OSB
Niezwykłe rozważania niezwykłego człowieka, mnicha benedyktyńskiego o. Tomasza Dąbka, biblisty, który łączy w rekolekcjach i naukach duchowość benedyktyńską z życiem człowieka, jego problemami i radościami, wszystkim co przeżywa i czego doświadcza.... » zobacz więcej


      



Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2014 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej